Blog

Kamyk wdzięczności, kamyk mocy… ćwiczenie arteterapeutyczne

Pozytywne myślenie jest bardzo ważne, daje moc do życia, do osiągania wyznaczonych celów lub ich znalezienia. Trudno nam myśleć w ten sposób gdy czujemy wciąż niedosyt i niezadowolenie z siebie. Czasem jest to wina tego że pragnienia które chcemy realizować nie są osiągalne na ten moment życia. Niezadowolenie i frustracja wzrasta i przestajemy cieszyć się z tego co już mamy. Jesteśmy już zupełnie gdzie indziej, w świecie który jeszcze nie istnieje, zamiast dostrzec to co już osiągnęliśmy.

Ćwiczenie które proponuje ma pomóc właśnie, zwłaszcza osobom które widzą świat w „czarnych barwach”, myśleć o sobie i swoim życiu w pozytywny sposób. Inspiracją dla pomysłu była jedna z moich Klientek. Można się wiele nauczyć od innych, wystarczy tylko mieć otwarte oczy i słuchać.

Znajdzie kamyk, który będzie symbolizował was i wasze życie. Zastanówcie się jaki będzie miał kolor, kształt i wielkość. Ważne by był poręczny żeby można go było nosić w kieszeni lub w torebce. To będzie  wasz amulet który będzie wam przypominał za co jesteście wdzięczni w swoim życiu gdy poczujecie że zaczynacie myśleć znowu według starych schematów.

Gdy już odnajdziecie swój kamień, zastanówcie się za co jesteście wdzięczni w swoim życiu. Dla każdego z was może to być coś innego: rodzina, dzieci, dom, miłość, zdrowie, pieniądze, praca, spokój, wyjście do kina, spacer, widok wschodu słońca…. Wypiszcie wszystkie te rzeczy i zastanówcie się które z nich chcielibyście narysować lub zapisać na kamyku słowami lub pod postacią symbolu. Nie muszą to być rzeczy wielkie, ale dla was ważne i dające siłę. Coś co pomoże postrzegać życie w sposób pozytywny, nie przez pryzmat „braku”. Za każdym razem gdy poczujecie że zaczynacie wątpić w siebie, swoje możliwości, przypomnijcie sobie o swoim kamieniu, potrzymajcie w dłoni, aż niechciane myśli przepłyną, odejdą. To tylko myśli.

A teraz wyobraźcie sobie jakieś zwierzę. Zastanówcie się czemu właśnie o nim pomyśleliście? To ważna informacja o waszych potrzebach zaspokojonych i niezaspokojonych, jak siebie widzicie. O tym czego wam brak, czego jest w nadmiarze. Czy to zwierze jest podobne do was? Czy chcielibyście być tym zwierzęciem? Jeżeli nie, wyobraźcie sobie zwierze którym chcielibyście być.  Zastanówcie się jakie cechy zwierzęcia zdecydowały o tym że je wybraliście. Jakie z tych cech już macie, czego chcielibyście się nauczyć od tego zwierzęcia. Narysujcie je na drugiej stronie kamienia. Gdy poczujecie że zaczynacie gorzej się czuć pomyślcie znów o swoim kamieniu, o zwierzęciu które wybraliście i o tym za co jesteście w życiu wdzięczni.

Nie ma powodu do zmartwień, jeżeli zgubicie swój kamień ponieważ ten talizman zawsze można stworzyć od nowa, dopisać nowe powody do wdzięczności, zmienić je. Można wybrać inne zwierze. Te wszystkie rzeczy są w was. Kamień ma jedynie ułatwić wam pamiętanie o tym. Gdy zaczynacie myśleć o sobie i swoim życiu w pozytywny sposób łatwiej jest radzić sobie z przeciwnościami a każdy sukces jest jak wisienka na torcie.

Powodzenia i wyciszenia… Czy ktoś, tak jak ja, pomyślał najpierw o wielbłądzie 😉

 

 

Reklamy

Mam kłaczka… czyli twórcze myślenie w terapii.

Każdy  psycholog, terapeuta boryka się czasem z problemem jak pomóc Klientowi, gdy stoi się w miejscu i ani my ani Klient nie widzą „światełka w tunelu”. Czasem stoimy przed niepowodzeniami, nie zawsze udaje się dojść do celu. Czasem jest to nasza wina, dlatego tak ważna jest superwizja aby zastanowić się nad procesem terapeutycznym. Czasem Klient nie jest gotowy na zmiany. Wtedy należy uszanować jego decyzję, mimo że może nam się wydawać że „wiemy lepiej” i zostajemy sami z poczuciem porażki. Trzeba pamiętać że rozmawiamy o życiu, problemach  osoby dla której mamy być wsparciem. Cele terapii wybiera Klient. To on podejmuje decyzje.

W takich przypadkach, gdy „stoimy pod ścianą” przydaje się twórcze, niekonwencjonalne myślenie. Dostrzeżenie zasobów tam gdzie w innej sytuacji byśmy ich nie szukali, ponieważ zasobem może być wszystko. Ważne w dojściu do rozwiązania jest precyzyjne określenie tego co nam przeszkadza, co chcielibyśmy zmienić i oswojenie „problemu”. Trzeba pamiętać że stojąc  przed murem nie utraciliśmy jeszcze wszystkich możliwości. Możemy jeszcze spojrzeć w bok lub się od niego odwrócić.

Przykładem takiego myślenia może być przypadek jednego z Klientów który przyszedł na swoją sesję z kotem. Z przyczyn losowych musiał go zabrać ze sobą. Nasza rozmowa „poza problemem” skupiła się właśnie na pupilu. Kot szybko się rozgościł w gabinecie. Obszedł cały pokój, zajrzał we wszystkie kąty, połasił się do mnie. Dał się nawet wziąć na kolana. Na koniec wybrał największy fotel, zawinął się w kłębek i zasnął. Klient poczuł się bezpieczniej, zrelaksował się, obserwując zachowanie kota. Kot zaakceptował nowe miejsce i czuł się w nim dobrze. Dało to szansę na uzyskanie przez Klienta dystansu do swojej sytuacji. Rozmowa potoczyła się płynniej, ponieważ nie mówiliśmy już bezpośrednio o trudnościach które spotykają Klienta, lecz przez „bufor” którym stał się kot. To poczucie bezpieczeństwa, odsunięcie lęku dało możliwość znalezienia nowych sposobów na rozwiązanie sytuacji.

Narysowałam Klientowi obrys postaci, a w środku kłębek który miał symbolizować „zawirowanie” które przeszkadzało mu w funkcjonowaniu:

  • Jak Pan myśli, co to może być?
  • Przypomina mi to kłaczek…
  • Kłaczek?
  • Tak, kulkę futra, którą czasem wypluwa mój kot, gdy mu przeszkadza, zalega mu w gardle.
  • Myślę że jest to bardzo dobre, wręcz świetne porównanie! Jest pan bardzo pomysłowy, twórczy. Jak Pan myśli co to może być w Pana przypadku? Co dla Pana jest takim kłaczkiem? Czego chciałby się Pan pozbyć?

Był to moment zwrotny, ponieważ Klient wreszcie zobrazował sobie to co chciałby zmienić, a przede wszystkim uwierzył że ma możliwość zmiany, ma wpływ na sytuację która przestała go przerastać. Kłaczka można się pozbyć. Teraz wystarczyło jedynie zastanowić się jak stopniowo ten cel zrealizować.

Każdy Klient i każdy z nas ma takiego swojego kłaczka który mu przeszkadza. Identyfikacja taka może pomóc nam oswoić sytuację, znaleźć sposób na dokonanie zmian aby osiągnąć spokój, szczęście, zadowolenie. Ważne jest również aby zdać sobie sprawę na co mamy realny wpływ i kiedy zacząć szukać pomocy. Nie ma nic niezwykłego w tym że czasem nie radzimy sobie z problemami. Nie jesteśmy w stanie znaleźć rozwiązań gdy stoimy w centrum zdarzeń. Kiedy stracimy dystans, warto się zastanowić co nas blokuje. W takich momentach pomocny jest psycholog. Lubię porównanie do palcu zabaw. Rysuję okrąg i dwie ławki. Jedną w środku placu a drugą na zewnątrz. Wtedy pytam się skąd jest lepszy widok, gdzie widzimy więcej. Czasem mamy złudne wrażenie, że gdy jesteśmy w środku mamy większy wpływ na sytuację, większą kontrolę. Z drugiej strony nie potrafimy dostrzec wielu zdarzeń które dzieją się poza naszym widzeniem, np. za plecami. Siedząc na zewnątrz mamy lepszy wgląd w sytuację. Jeżeli nie potrafimy sami wyjść z placu, możemy zapytać kogoś innego, co ta osoba widzi. To może być przyjaciel, ktoś z rodziny lub terapeuta, którzy obiektywnie mogą zaobserwować wszystko z ławki na zewnątrz.

 

 

nie dość dobre królewny

Zastanawiam się czemu wpadamy w pułapkę perfekcjonizmu. Czy nadejdzie moment w którym powiem sobie: „Dość, jestem wystarczająco dobra”. Jestem wystarczająco dobrym rodzicem, pracownikiem, szefową, gospodynią domową, psychologiem. Nie mówię o bezkrytycznym samozadowoleniu, aby nie popaść ze skrajności w skrajność, ale aby docenić własne starania, uwierzyć że jestem dość dobra w tym co robię. Rozwijać się, kształcić, podnosić kompetencje, ale doceniać również dotychczasowe osiągnięcia. Umieć zaakceptować to, że nie na wszystko mamy wpływ, nie zawsze mamy rację, nie zawsze musimy mieć rację. Nie zawsze jesteśmy doskonałe i mamy do tego prawo. Thomas Edison powiedział: „Nie poniosłem porażki, po prostu wymyśliłem 10000 sposobów, które nie działają”. Świat nie skończy się nagle gdy moje dziecko pójdzie raz do szkoły w pogniecionej bluzce, a najbliższej soboty nie poświęcę na szorowanie wanny. Moja siedmioletnia córka ostatnio tłumaczyła swojemu pięcioletniemu bratu który siedział sfrustrowany na podłodze wśród zabawek i udowadniał że musi coś zrobić: „Piotruś, zrozum, ty nic nie musisz. Nikt nic nie musi”. Czemu, mimo świadomości tego faktu, tak trudno wdrożyć to w życie.

Małe Królewny, starają się jak mogą aby sprostać wymaganiom. Mała Królewna stara się być grzeczna, miła, uczynna, dobra i być wzorem dla innych. Wszystko to właśnie niebezpiecznie odnosi się do tego jaka powinna być Mała Królewna. Uczy się że etykieta, dobre wychowanie są ważne. Samodyscyplina i kontrola to cechy pożądane u każdej młodej damy. Dziewczynka pomagała chętnie na dworze, przygotowywała stół do posiłków, układała sztućce, talerze, serwetki w równiutkie rządki. Królowa Matka chwaliła ją zawsze za to, a trudno było ja zadowolić i nigdy nie było wiadomo jak zareaguje. Większość czasu spędzała wpatrując się w magiczne lustro i podziwiając w nim własne odbicie.

Mała Królewna więc składała serwetki w łabędzie starając się o akceptacje, powoli zapominając jaka jest, dbając wciąż o to by być taka jaka być powinna. Szybko nauczyła się że Królowa Matka darzy ją uwagą w momentach gdy Mała Królewna spełnia jej oczekiwania, a karci i odsuwa gdy czasem się zapomni i zrobi coś po swojemu. Dobrze pamięta to spojrzenie gdy zamiast łabędzi z serwetek na stole znalazły się róże. Usłyszała że róże są brzydkie, mają kolce, są takie pospolite i zwyczajne. Powoli więc Mała Księżniczka traciła kontakt ze sobą, budując samoocenę na tym co powie Królowa Matka.

Pewnego dnia Mała Królewna została sama. Zabrakło osoby która pokazałaby jej czy wciąż jest taka dobra jak być powinna, czy wciąż spełnia wymogi etykiety. Czy łabędzie mają wystarczająco równe dzióbki. Nie przyszło jej do głowy, aby na chwilę się zatrzymać, zamknąć oczy i wsłuchać się w siebie. Może się bała, że nic nie znajdzie. Starała się więc patrzeć w twarze dworzan, doradców, przechodniów i próbować znaleźć w nich odpowiedź, wskazówki. Wsłuchiwała się w sygnały i opinie jaka jest i jaka być powinna i próbowała tak długo aż słyszała pochwały, widziała uśmiechy na twarzach, okrzyki zachwytu. Gdy usłyszała że powinna obciąć swoje piękne, długie włosy, bo lepiej jej będzie w krótkich, obcięła. Nie była zadowolona, włosy wciąż wpadały jej do oczu, a korona spadała z głowy, ale dworzanie byli zachwyceni. Mała Królewna postanowiła, że będzie dążyła do tego aby we wszystkim być doskonała, lepsza od innych. Wtedy na pewno będzie już szczęśliwa. Jednak to nie spełniło jej oczekiwań, ponieważ u podłoża tego postanowienia leżała potrzeba, pragnienie akceptacji od osoby od której nigdy jej nie otrzyma, Królowej Matki.

Czy kiedyś Mała Królewna będzie wystarczająco perfekcyjna? Czy dorośnie  wewnętrznie i stanie się w końcu Wyrozumiałą Królową i przyjmie swoją niedoskonałość. Wybierze swoją ścieżkę opartą na współ­czu­ciu dla samej sie­bie, akceptacji, poznaniu siebie i swoich emo­cji. Odnajdzie własne wartości i pogodzi się z faktem, że być może rodzic nigdy jej nie zaakceptuje i przestanie w końcu gonić za tą akceptacją. Stanie się wystarczająco dobra dla siebie samej. Nieważne jaka będzie, w sercu Królowej Matki nie ma miejsca na nikogo, bo ważne jest jedynie jej idealne odbicie w lustrze.

Księżniczka i rycerz

Gdy nasze wspomnienia nie są zbyt miłe, bronimy się przed naszą przeszłością, nie lubimy jej rozpamiętywać. Co innego gdy wspominamy ostatnie, cudowne wakacje, a co innego gdy myślimy o wspomnieniach o tatusiu lub mamusi którzy nie spełnili pokładanych w nich nadziei, a wręcz byli dla nas źródłem cierpień.

Nie ma nic złego w tym, że nie chcemy o tym mówić, wypieramy wspomnienia z pamięci. Po coś te mechanizmy zostały stworzone, widocznie są jednak adaptacyjne. Słyszę czasem: „Po co się w tym babrać, to nic nie zmieni”. Zgadzam się, że jeżeli nie chcemy, dobrze sobie radzimy, zaakceptowaliśmy naszą przeszłość, nie warto się w tym babrać. Chyba że z rany się wciąż sączy i ma to wpływ na nasze życie, jak i na życie naszych bliskich. Warto wtedy oczyścić ranę i przykleić wielki plaster z sercem. Nie chodzi tu o cofanie się wstecz aż do okresu niemowlęctwa i wałkowanie całego życiorysu przez psychoterapeutę wręcz z sadystyczną lubością, ale o przewartościowanie swoich doświadczeń i spojrzenie na nie z innej perspektywy. Tylko tych doświadczeń, do których chcemy wrócić i mamy siłę się z tym zmierzyć. Oczywiście że przeszłości nie zmienimy, jednak może będziemy mogli spojrzeć na nią inaczej i nie będzie ona tak wpływać na naszą rzeczywistość i przyszłość.

Dlaczego czasem warto wrócić do przeszłości? Wyobraźcie sobie że jesteście księżniczką. Może dla mężczyzn będzie to trudne, ale odnalezienie przez chwilę w sobie kobiecego pierwiastka może wpłynąć korzystnie na waszą wrażliwość i poziom empatii 😉 Może to pomóc w zrozumieniu na przykład, że okazywanie troski partnerce to nie tylko wynoszenie śmieci. Wracając do opowieści. Wyobraźcie sobie więc że jesteście księżniczką.

Dawno, dawno temu ojciec księżniczki, król, zamknął swoją córkę w wysokiej wieży, gdy była jeszcze dzieckiem. Nikt nie wiedział dlaczego to zrobił, nikt księżniczce tego nie powiedział. Żyła tak w przekonaniu że musiała zrobić coś okropnie złego. Przecież gdyby była dobrym dzieckiem tata by jej tak nie skrzywdził, ktoś by przyszedł na jej ratunek, ktoś by stanął w jej obronie. Dużo o tym myślała, dużo czytała, bo poza książkami oraz oglądaniem prawdziwego,innego świata przez swoje okienko, nie miała wiele  możliwości.

Pewnego dnia, pod wieżę podjechał rycerz, który postanowił ją uratować. Z góry nie było wiele widać, ale w związku z tym, że księżniczka nie widziała innej możliwości ucieczki, że może to być jej ostatnia szansa na szczęście, pozwoliła się uratować. Z tej wdzięczności że ktoś chciał jej pomóc, że ktoś okazał jej dobroć i szczere serce, poślubiła rycerza. I teraz, tak jak w bajkach powinnam napisać i żyli długo i szczęśliwie, ale księżniczka nie do końca potrafiła cieszyć się z nowego życia. Dlaczego?

Po pierwsze, uważała że to życie jej się nie należy. Przecież była złym człowiekiem. Ojciec ją zamknął w wieży z jakiegoś powodu, więc miała wrażenie że robi coś złego. Nikt już nie pamiętał historii księżniczki i nie chciał o tym rozmawiać. Rycerz okazał się wspaniałym człowiekiem. Bardzo kochał dziewczynę, okazywał miłość, nosił na rękach. Coś jednak było nie tak. Jakby spodziewała się jakiejś katastrofy, nie potrafiła zbliżyć się do męża. Postanowiła że już z tym koniec! Wszystkim teraz udowodni, że jest dobrym człowiekiem, że to życie jej się należy, poświęci się dla innych, będzie pomagać biednym i chorym, może ufunduje szkołę. Odpokutuje. Tylko za co?

Oczywiście można by tak zakończyć tę historię, ale księżniczka postanowiła się czegoś jednak dowiedzieć o swojej przeszłości.  Jak myślicie jak to mogło wpłynąć na jej widzenie świata i rzeczywistości? Księżniczka zajrzała do magicznej kuli i zobaczyła Ojca, który był złym człowiekiem. Krzywdził ją i całą rodzinę. Był królem którego wszyscy się bali i bali się o swoje głowy. Wszyscy wierzyli że jest wszechmocny, więc nie próbowali się sprzeciwiać. Król był też hojny, więc cieszyli się, że mogą uzyskać przywileje i dobre życie za cenę która była dla nich do zaakceptowania. Księżniczkę ogarnął gniew i rozpacz. Jak  teraz postąpić? Czy to są odpowiedzi które chciała uzyskać? Nie porwała jej wiedźma, nikt nie zaczarował jej rodziców. Siedziała w wieży ponieważ jej ojciec był okrutnym królem. Czy ta wiedza pomaga? Często takie przewartościowanie pozwala pozbyć się ciężaru, zacząć żyć własnym życiem i czerpać z niego radość. Ciężar  odpowiedzialności przerzucamy na inne barki. Z drugiej strony trzeba zaakceptować fakt, że pozostaje w środku pustka po tych wszystkich uczuciach, dobrych wspomnieniach które powinni  zapewnić nam rodzice. Brak przytulańców, beztroski dzieciństwa, bezwarunkowej miłości, tego nie można po prostu usprawiedliwić, ponieważ nie ma na to usprawiedliwień. Pojawia się jeszcze więcej pytań. Jak wyglądałoby moje życie gdyby było inaczej?

Z czasem księżniczka pogodziła się ze światem który zobaczyła w magicznej kuli. Miała większy wpływ na własne życie, wiedziała co nią kieruje, lepiej radziła sobie z rzeczywistością. Dowiedziała się że jej mamę, gdy była dzieckiem, również zamknięto w wieży. Jej mama miała mniej szczęścia. Uratował ją rycerz który był bardzo podobny do jej ojca. Ona już nie pozwoli aby spotkało to jej dzieci. Wiedziała że to nie jej wina, nie ma za co przepraszać. Jest już dorosła, sama o sobie decyduje, zaopiekowała się dzieckiem, które w niej płakało. Poczuła siłę i moc której nigdy wcześniej nie miała. Dalej pomagała biednym, opiekowała się poddanymi ale już z innych powodów. Już nie musiała niczego udowadniać. Po prostu zawsze była dobrym i wartościowym człowiekiem, pełnym empatii i chciała się tą dobrocią podzielić.

Kwiat w doniczce.

Na półce nad telewizorem stoi storczyk z przeceny. Mój małżonek uważa że to najlepszy sposób żeby przeprosić kobietę. Nie ważny powód, waga problemu, rozwiązanie to samo. Przypominam sobie skecz kabaretu Hrabi – jak przyjmować kwiaty od mężczyzny. Chyba do tego nie dorosłam – https://www.youtube.com/watch?v=aFHeI3lOdIo. Zbliżam się może do wariantu drugiego.

Na moim parapecie stoją już 4 storczyki. Problem z kwiatem w doniczce polega na tym, że „nie trafiony gest” pozostaje i trzeba mu zapewnić doniczkę (bo przecież w sklepie sprzedają je w taniej plastikowej osłonce), miejsce oraz zacząć o niego dbać. Podlewać, nawozić itd.  A najgorsze, że wciąż przypomina ci przyczynę z której to trafił do twojego domu, co mnie osobiście raczej wpędza we frustracje, a nie sprzyja „odbudowaniu relacji”. Poza tym gestem praca się kończy…

Pomyślałam że całkowicie odzwierciedla to sytuację życiową. Nowy storczyk zostanie tam gdzie jest. Nie będę go podlewać, chuchać na niego. Szkoda, ale mam wrażenie że to powinno być zadanie mojego męża. Dostarczył mi jedynie dodatkową powinność, ponieważ przestał się oczywiście zajmować swoim podarunkiem. Czy nie jest jak w życiu? Czemu po mojej stronie ma być dbanie i pielęgnowanie czegoś, w co mój partner nie wnosi żadnego wysiłku ani starań? Myślę że to dobra metafora.

Czemu ja mam być zawsze tą bardziej poważną. Czemu odbieram mojemu partnerowi przywilej bycia odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem w takim samym stopniu co ja? Tak, odbierać, ponieważ uczone jesteśmy od małego że powinnyśmy być odpowiedzialne „matki polki”. Obrończyni domowego ogniska, matki, opiekunki, kucharki. Mamy dbać o dobrą domową atmosferę, ciepło rodzinne, porządek i ogólnie ogarniać. Z jakiej racji? Czy mój mąż, partner, chłopak nie jest w równym stopniu jak ja odpowiedzialny za nas?  Jest człowiekiem w takim samym stopniu jak ja, również ma dowód osobisty i także czasem może pomyśleć. A na koniec i tak usłyszysz że się przecież tak nie stresuj.

Jest okres jesienny a w telewizji wysyp reklam środków anty-przeziębienie. Zwróćcie uwagę w jaki sposób pokazywana jest rodzina. Jaką rolę pełni kobieta jaką mężczyzna. Kobieta podaje tabletki, jest odpowiedzialna – po prostu parasol ochronny. Mężczyzna różni się od dzieci jedynie wzrostem. To jest krzywdzący obraz dla obu stron. Kobiety muszą stanąć na wysokości zadania, bo to po ich stronie leży odpowiedzialność, więc żyją w przeświadczeniu że muszą być 100% bardziej. Jakby miały jakąś misję do wykonania. Mężczyznom za to odbieramy prawo do dorosłości i dojrzałości. Nie muszą dorastać. W ten sposób łatwo się uwolnić od wszelkiej odpowiedzialności za swoje czyny.

Panowie, kupujcie swoim Paniom kwiaty cięte, bo może dojdą do podobnych wniosków jak ja…